Ahh, sielankowo-romantyczna Toskania, kto nie chciałby wpaść tam przynajmniej na weekend? Nawet ja, zakochana w Abruzji, skusiłam się na wizytę w tym powszechnie uważanym za najpiękniejszy, regionie Włoch. I okazało się, że Toskania w deszczu wciąż jest czarująca, klimatyczna i… pełna turystów.
Toskania w deszczu: Oczekiwania vs. Rzeczywistość
Do Toskanii wybraliśmy się w sierpniu, mając ambitnie zaplanowane 4 dni naszego pobytu. Jako że pogoda w Toskanii zmienną jest, Mauro był raczej sceptyczny sugerując, że może nie wszytko uda nam się zrobić. Może, ale ja byłam gotowa na rafting, wspinaczkę i przechodzenie nad rzeką na linach. No i miał rację.
Ale że ponoć nie ma złej pogody, są tylko nieodpowiednie ubrania, to Toskania w deszczu nie zepsuła naszego długiego weekendu. Po prostu zmieniliśmy plany i zamiast skakania po sznurkach, przeobraziliśmy się w leniwych turystów odwiedzając:
-
Pistoia, Lukka i Piza
-
Abbazia i Eremo di San Galgano
-
Monteriggioni i Volterra
-
Colle di Val d’Elsa i Florencja
- Parco Fluviale Alta Val d’Elsa
Przystanek w Rasiglii, czyli nie-Wenecji Umbrii
Ale przed Toskanią wpadliśmy na kilka godzin do Rasiglii w Umbrii – kolejnym regionie, który bardzo lubię. Rasiglia to urocza wioska z mnóstwem wody i przez tę wodę i głupią manię porównywania wszystkiego co się da, znana jest jako Wenecja Umbrii, chociaż z Wenecja nie ma nic wspólnego.

Rasiglia to po prostu fajne miejsce z dobrym jedzeniem i mnóstwem restauracji, leżące nieco poza szlakiem zagranicznych turystów – odwiedzają ją głównie Włosi.
A do tego produkują tam jedne z najlepszych strączkowych we Włoszech. Zresztą możesz o tym poczytać tutaj.
Pistoia: Nasza baza poza szlakiem na deszczowy weekend w Toskanii
A potem pojechaliśmy do Pistoi – naszej 4-dniowej bazy do zwiedzania Toskanii. Wieczorem odwiedziliśmy miasto; było puste. Może to była pogoda, a może 15 sierpnia, czyli Ferragosto, które Włosi tradycyjnie spędzają poza domem. Wiedząc, że również w Ferragosto w Toskanii wszystko będzie zamknięte, przywieźliśmy ze sobą jedzenie. Zawsze tak robimy przy okazji tego święta – w Ferragosto całe Włochy stają i każdy zamiast pracować, spotyka się z rodziną i dużo je.

Spacerując po opustoszałych ulicach Pistoi, poczułam, że nasz deszczowy weekend w Toskanii właśnie się zaczął.
Lukka w deszczu: Jak znaleźć urok w ulewie
Lukka była pierwszym miastem, które odwiedziliśmy. Polubiłam je natychmiast – to idealne miasto do szwendania się. Nawet ’zmoknięcie mnie’ przez deszcz nie zmieniło mojej opinii. Pochodzę z Mazur, lata mieszkałam w Szkocji i byle deszczyk mi nie straszny.
Zresztą, jak sie za mocno rozpadało, znaleźliśmy ławkę pod rozłożystym drzewem. Leżąc, czekaliśmy, aż deszcz sobie pójdzie. Całkiem miło.
Historia Lukki w pigułce: Dla tych, co nie lubią dat
Pisząc o miastach Toskanii, trudno całkowicie pominąć historię, więc dosłownie kilka słów o przeszłości Lukki. Jak zawsze, historycy mają różne zdania na temat początków miasta. Dla jednych to osada liguryjska, dla innych – etruska. Niech sobie historycy dyskutują; ja nie będąc jedną z nich po prostu stwierdzę, że miasto jest bardzo stare.
Jak wszędzie we Włoszech, przez wieki przez Lukkę przewaliły się różne mniej lub bardziej znaczące rody.
W pewnym momencie swojej historii Lukka stała się częścią Wielkiego Księstwa Toskanii, a potem Królestwa Włoch. I tak już zostało, z tym, że Włochy to teraz republika, a nie królestwo.
Mury obronne w Lukce: Najdłuższy park w Toskanii?
Pierwszą rzeczą, która rzuciła mi się w oczy, po przyjeździe do Lukki, były mury obronne (XVI i XVII w). Zresztą nie sposób ich nie zauważyć.

Drugie najdłuższe w Europie (po tych chorwackich) oczywiście nie są już używane z przeznaczeniem, ale wciąż służą miastu. Te 4 km ścian z czerwonej cegły zostało obsadzone zielenią i przerobione na coś w rodzaju parku. Można po murach chodzić, biegać, jeździć rowerem, podziwiać miasto z góry, albo jak my – leżeć pod drzewem rozmyślając, że Toskania w deszczu to całkiem fajne miejsce.
Lukka: Miasto stu kościołów i średniowiecznych drapaczy chmur
Lukka jest bogata w zabytki, co właściwie nie jest niczym niezwykłym we Włoszech. Lukka nazywane jest „miastem stu kościołów” – najważniejszym jest Katedra San Martino z pięknym sufitem. A że w Lukkce jest dużo malutkich prywatnych kościółków i kapliczek i nie jest jasne, czy znajdują sie one na oficjalnej liście 'domów bożych’, nikt dokładnie nie wie, ile jest naprawdę kościołów w mieście. Prawdopodobnie więcej, niż 100.
Ale za to znana jest liczba średniowiecznych drapaczy chmur, czyli wież. Stoi ich w mieście 9 przypominając, że Lukka obfitowała w możne rody – wieże były symbolem bogactwa i potęgi, a obecnie są świetnymi punktami widokowymi.

Jak zawsze, korzystając z możliwości treningu nóg i tyłka, wdrapaliśmy się na trzy z nich. Pierwsza to Torre Guinigi z 232 stopniami. Druga– w Katedrze Świętego Marcina. Trzecia też była a kościele, ale nie pamiętam nazwy – w mieście stu kościołów ciężko je zapamiętać.
Slow travel po mojemu: Dlaczego w Lukce wolę się wałęsać niż zwiedzać?
Nie przepadam za listami „do zobaczenia” i odhaczania zabytków tylko dlatego, że istnieją i obowiązkowo trzeba je zobaczyć, a tak właśnie podróżują Włosi. Właściwie nie tylko Włosi. Oczywiście są sławne miejsca, które mnie interesują, ale nie jest to każdy zabytek po kolei. Moim sposobem na odkrywanie miejsc jest po prostu chodzenie ulicami i podziwianie tego, co jest wokół mnie. A jeśli zdarzy mi się odwiedzić muzeum lub natknąć się na słynny budynek czy pominik – to świetnie.
A że nie zwiedzę np. muzeum we Florencji? To nie zwiedzę, ani od tego nie umrę, ani nie zmieni to mojego życia. Zresztą i tak nie da się wszystkiego odfajkować na swojej liście.
Dlatego odkrywanie miejsc nie oznacza biegania po ulicach, bo trzeba zobaczyć wszystko. Dla mnie jest to także schodzenie z utartych szlaków, chłonięcie atmosfery, oglądanie dziwnych drzwi lub roślinek rosnących w szparach muru. Po prostu wałęsanie się. Nazywa się to „slow travel”, ale ja po prostu wolę nazywać to moim własnym sposobem podróżowania. I dlatego lubię Lukkę; idealnie do tego pasuje.
Oczywiście, jak przystało na włoskie miasto, Lukka ma wszelkiego rodzaju kawiarnie i jadłodajnie na prawie każdym rogu, jest więć gdzie usiąść, jeśli znudzisz się zwiedzaniem.
Krzywa Wieża w Pizie: Czy warto tam jechać dla jednego zdjęcia?
To sławne miasto, czyli Pizę i jej symbol – Krzywą Wieżę – chciałam zobaczyć. Byłam ciekawa, czy naprawdę jest krzywa. No jest. I tak jak myślałam: oblężona przez turystów.

Nazwa miasta pochodzi od greckiego słowa oznaczającego bagnisty teren. Dawna potęga morska, Republika Pizy, w średniowieczu miała dostęp do morza, potężną flotę i duże pieniądze do wydawania na np. artystów i architektów, żeby budowali piękne budynki. I jak widać w Pizie – architekci ochoczo z tej okazji skorzystali. Z czasem potęga Pizy upadła, ale budynki pozostały.
Oczywiście najsławniejsza jest Krzywa Wieża – jeden z 7 cudów świata. Zbudowana na bagnistym terenie (XII – XIV w) wieża zaczęła zapadać się pod własnym ciężarem i przechylać już podczas budowy. Żeby się jednak nie zawaliła, sprytni średniowieczni budowniczy nieco przesunęli najwyższe piętro w kierunku przeciwnym do przechyłu. I tak nieco krzywa, ale zrównoważona wieża sobie stoi i wciąż powolutku zapada w grząskim terenie.
Krzywa Wieża od początku nie miała być samodzielną strukturą, a częścią większego kompleksu katedralnego. Obok wieży stoi katedra, a za nią – baptysterium i cmentarz. Zbnudowane na tym samym terenie, te absolutnie piękne budynki również powoli grzęzną w ziemi.
Dobre kilkanaście minut gapiłam się na bryłę katedry i wieży – zawsze mnie zachwyca kunszt średniowiecznych budowniczych.
Wszystkie te budowle-cuda można zwiedzić, kupując bilet łączony.
Ceny biletów w Pizie (stan na 2026):
-
28 €: cały zespól katedralny (z wejściem na Krzywą Wieżę).
-
11 €: Wszystko poza wieżą (Baptysterium, Cmentarz i Muzea). To jest to, co wybraliśmy.
-
7–8 €: Bilety indywidualne, jeśli chcesz zobaczyć tylko jeden konkretny budynek.
Ponieważ było późno i mnóstwo ludzi czekało na wejście na wieżę, zdecydowaliśmy się nie stać w kolejce i odwiedzić resztę Piazza dei Miracoli, wybierajac bilet za 11 e.
Piza poza Krzywą Wieżą: Co warto zobaczyć na Piazza dei Miracoli?
Nie wiem, czy akurat tak trafiliśmy, czy jest to regularna praktyka, ale środek katedry był odgrodzony sznurem zaraz przy wejściu. Nie mogliśmy więc z bliska zobaczyć rzeźb i obrazów na ścianach, a jest tam dużo do podziwiania. Dlatego też się obraziłam.
Baptysterium podobało mi się bardziej z zewnątrz niż wewnątrz, chociaż środek wyłożony pięknymi marmurami też jest super. No i ten widok na katedrę z okien.

Wg lokalnej legendy cmentarz zostal zbudowany na świętej ziemi przywiezionej z Golgoty. Było to w 1277 r., kiedy to krucjaty wciąż były w modzie, więc może rzeczywiście jakiś krzyżowiec coś przywiózł. Cmentarz jest imponującym gotyckim budynkiem z dużymi kolumnami i łukami. Muzeum diecezjalne (Museo dell’Opera del Duomo) było po prostu nudne.
Piza poza Krzywą Wieżą: Spacer wzdłuż rzeki i kawa z miejscowymi
Zostawiając tłumy turystów robiących selfie i obowiązkowo zdjęcia pt: „trzymam wieżę”, poszliśmy na spacer wzdłuż rzeki Arno. Stoją tam stare, kolorowe budynki, i to, co mi się podobało – są one rzeczywiście stare, a nie takie udają. Nie ma tam mieszanki wiekowych i nowoczesnych domów, jak na przykład we Florencji. Jest też mały ładny kościół, przed którym stoi duża rzeźba faceta prezentującego swoje wdzięki. Niejaki zgrzyt moim zdaniem, ale pewnie sie nie znam.

Ta część Pizy była prawie pusta. Przeszliśmy się bocznymi uliczkami i weszliśmy na kawę do baru, gdzie byli wyłącznie miejscowi. Coż, Piza poza Krzywą Wieżą definitywnie istnieje i ma sie dobrze.
Przeczytałam gdzieś, że 90% turystów odwiedza 10% turystycznych destynacji. I porównując tłumy przy wieży oraz pustkę nad Arno, myślę, że to prawda. I mam nadzieję, że tak zostanie.
Toskania w deszczu, mimo pokrzyżowania naszych planów, przez 2 pierwsze dni okazała się całkiem ok.
Co robiliśmy przez resztę weekendu z lejącą się z nieba wodą – wkrótce.
Jeśli ten wpis Cię rozbawił, zirytował lub po prostu przypomniał o Twojej podróży, daj znać w komentarzach lub napisz do mnie maila. Naprawdę chcę usłyszeć o Twoich doświadczeniach – zarówno tych dobrych, jak i tych frustrujących.
Zapisz się do newslettera, aby otrzymywać jeden wpis tygodniowo (zazwyczaj w środy o 18:00). Bez spamu, bez zbędnych „magicznych Włoch”. Tylko szczere historie i miejsca z dala od utartych szlaków. Do zobaczenia!










