Bardzo nie lubię porównywania mniej znanych miejsc do tych sławnych i przeklejania im łatki „prawie jak…”. Moim zdaniem to sugerowanie, że „niemal…” jest po prostu gorszą wersją tego słynnego. Chioggia, położona zaledwie 40 km od najpopularniejszego miasta Włoch, ma tego pecha – nazywana jest Little Venice (Mała Wenecja – całkiem ich sporo na świecie). Oba miasta mają wiele wspólnego, ale Chioggia to osobny byt.

Wenecja zimą i pierwszy kontrast
Kilka lat temu, tuż przed Bożym Narodzeniem, wybrałam się do Wenecji, naiwnie myśląc, że zimą nie będzie tam ludzi. I czułam się jak w Disneylandzie – wszędzie tłumy, stragany z „autentycznymi” weneckimi pamiątkami z Chin, turyści prawie włażący przez niskie okna do domów, żeby zrobić sobie selfie. I kawa/cappuccino chyba droższa niż w NY. Mniej więcej w tym samym czasie, w zeszłym roku, w drodze do Słowenii wpadliśmy z krótką wizytą do Chioggii koło Wencecji– była prawie pusta, alleluja. Przynajmniej tego dnia.
Miasto na wodzie, ale po swojemu
Chioggia, zbudowana na grupie małych wysp, jest częścią laguny weneckiej. Miasto ma szerokie wejście w morze, trzy kanały z kolorowymi łódkami, piękne domy w pastelowych kolorach, katedrę, kopię mostu Rialto i własnego skrzydlatego lwa – znacznie mniejszy od weneckiego, pieszczotliwie nazywany jest „kotem z Chioggii”. Miasto jest urocze.

Okna palladiańskie – a właściwie ich brak
I co mnie zaskoczyło, nawet jeśli budynki są bardzo weneckie, nie ma tam palladiańskich okien – to znaczy są, ale nie tak wiele. Specjalnie ich wypatrywałam (bo je lubię) i tylko kilka domów w ścisłym centrum je miało. Może więcej weneckich okien kryje się w bocznych uliczkach. Wypatrując okien, w oczy wpadły mi fajne kominy na niektórych starych domach.

Targ rybny i port, który naprawdę żyje
Chioggia ma również targ rybny. Miasto jest jednym z najważniejszych portów rybackich we Włoszech – co nie dziwne, bo z takim bogactwem ryb i wszelkiego rodzaju owoców morza trudno nie być w czołówce. A sądząc po rozmiarach mew, z trudem siedzących na drewnianych palach w kanale, czekających na resztki z targu, rybołówstwo w Chioggii tuczy nie tylko włoską gospodarkę.
W mieście jest dużo mniej lub bardziej eleganckich sklepów, restauracji serwujących owoce morza, kawiarni i barów, gdzie rybacy przy piwku odpoczywają po ciężkim dniu na morzu.
Dom czarownic i legenda zasłyszana przy kawie
Spacerując wzdłuż kanałów przez urocze mostki, natrafiliśmy na piękny, stary budynek: odpadający tynk odsłaniał czerwone cegły, gdzieniegdzie ze ścian wyrastały rośliny, zakrywając drewniane okiennice. We wnęce nad niewielkim balkonem zerkała na ulicę (i na nas) rzeźba Madonny. Budynek był na sprzedaż. Jęknęłam. Uwielbiam takie domy; gdybym miała miliony, kupiłabym go bez wahania, nawet jeśli według miejscowej legendy dom jest nawiedzony, a dokładniej – pełen (dusz) czarownic.

Z mężami tak bywa, że czasem sprawiają kłopoty, przez co ich żony mają przekichane. Niektórzy chioggijscy mężowie – rybacy sporo pili i w drodze do domu w niezbyt fantazyjny sposób schodzili z tego świata – wpadało im się do kanałów i z wodą spływali do laguny. Ciał nigdy nie odnaleziono. Tak więc biedne żony nie tylko zostawały wdowami, ale także robiono z nich czarownice (to chyba przez te zniknięte ciała). „Przeprowadzone” do pięknego domu/wiezienia spędzały w nim resztę życia. Smutna historia; ale nawiedzony czy nie, gdyby było mnie stać, dom byłby mój nawet razem z czarownicami.
Dialekt, rybacy i oczy jak naleśniki
Legendę usłyszeliśmy przy kawie w trakcie pogawędki z miejscowymi. Rozmowa mnie rozbawiła, a ja rozbawiłam rybaków; od czasu do czasu przechodzili na dialekt, co wprawiało mnie w absolutny zachwyt i powodowało solidny wytrzeszcz oczu. Nie rozumiałam ani słowa, ale robiłam mądre miny, gapiąc się na nich oczami okrągłymi jak naleśniki.
Dowiedzieliśmy się też, że w mieście latem organizowany jest festiwal ryb, co znaczy, że można sobie nieźle pojeść, a także historyczna rekonstrukcja wojny w Chioggii. Stwierdziłam, że miasto musi być wtedy pełne turystów, na co panowie rybacy odparli: „eeee, Wenecja jest pełna, nie my”.
Gdy miasto zwalnia w porze lunchuGdy robiliśmy pożegnalną rundkę dookoła centrum, tętniące życiem ulice zaczęły zamierać – była pora lunchu. Nie mieliśmy czasu na restaurację; postanowiliśmy zjeść po drodze do Słowenii.
Czy warto odwiedzić Chioggię?
Chioggia to nie Wenecja i dla mnie to jest wielki plus. Oczywiście to nie znaczy, że nie warto zobaczyć Wenecji – po stokroć warto, bo to piękne miasto. Ale jeśli zdecydujesz się odwiedzić również Chioggię, nie spodziewaj się Wenecji bis.

Weneccy sąsiedzi zawsze uważali Chioggię za biedniejszą i mniej wyrafinowaną, więc być może dlatego, nie próbując upodobnić się do słynnej „siostry”, miasto zachowało swoją oryginalność. A może Chioggianie próbowali, ale im nie wyszło. I na szczęście.
Bez rozentuzjazmowanych tłumów biegających tu i tam z listami „do zobaczenia” i telefonami w dłoniach miasto sprawiło na mnie wrażenie autentycznego. A do tego ta niepowtarzalna atmosfera nadmorskich miast (choć nie wszystkich), które żyją również z rybołówstwa. Czuć, że morze jest w trzewiach mieszkańców.
Chioggia to również mocna kawa, tętniące życiem ulice, nienormalni kierowcy, stylowe starsze panie w butach na wysokich obcasach i rybacy w kaloszach siedzący w barach. Wszędzie widać miejscowych. Przed jednym z barów spotkaliśmy grupę ludzi na przedświątecznym aperitivo. Głośno rozmawiali, siarczyście przeklinając – mieszkańcy regionu Veneto słyną z dosadnego języka. Nie sądzę, że zobaczysz taki obrazek w sąsiednim mieście, bo są tam głównie turyści.
Chioggia, choć ma wiele wspólnego z sąsiadką, zdecydowanie nie jest Małą Wenecją. To po prostu Chioggia, oddzielny świat, który bardzo mi się podobał.









