Less Touristy Italy
Eat, Discover, Explore

A blog for those who don't like beathen paths.
a day in trieste

Triest zimą: bora, Mary Poppins i dlaczego brzuch to super moc

Jak dojechać do Triestu (i dlaczego obrazilimy się na zamek)

Do głowy by mi nie przyszło, że mogę żałować, że nie jestem okrągła. A jednak. Triest, miasto słynące z szalonego wiatru (bora) dmuchającego czasem 170 km/h – z chudziaków robi fruwające Mary Poppins, a średnich, jak ja, wbija w chodnik. Właściwie sami wbijamy stopy w podłoże, żeby nie dać się ponieść w niechcianym kierunku. Jeżeli jesteś szczęśliwcem z wystającym brzuchem, spaceruj spokojnie i baw się dobrze, patrząc na tych wszystkich powyginanych ludków próbujących uniknąć wdmuchnięcia do morza.

Do Triestu wskoczyliśmy przy okazji 2-tygodniowego pobytu w Słowenii. To około godziny samochodem; z Gargano, z Manfredonii, gdzie zamieszkuję – ponad 10 godzin. Trudno było nie skorzystać z takiej okazji.

Zanim jednak wyruszyliśmy na zwiedzanie Triestu, zatrzymaliśmy się w Sistianie. Jest tam mniej więcej 30-minutowy przyjemny szlak (a może raczej dróżka) wzdłuż wybrzeża z super widokami na morze i klify.

 

 

Zaczyna się w Sistianie niedaleko punktu informacyjnego i kończy w pobliżu Zamku Duino. W pobliżu – zamek jest prywatną posiadłością i nie dane nam było wejść do środka; tego dnia nie było zwiedzania. Nieco rozczarowujące; zamek fajnie wygląda z daleka, ale cóż, bywa.

 

 

 

Sam szlak jest łatwy, z zaledwie jednym czy dwoma podejściami nieco w górę. Miejscami jest jednak skalisty/kamienisty, więc warto założyć buty na grubszej podeszwie. Moje miejskie/chodnikowe botki były ok, ale pod stopami czułam walające się tu i tam skałki.

Obrażeni na zamek postanowiliśmy wrócić do samochodu wzdłuż głównej drogi. GPS pokazywał nam 15-minutowy spacer; wydawał mi się nieco krótki. No i okazało się, że Google Maps zrobił sobie dzień głupka – szliśmy o wiele dłużej. A potem pojechaliśmy do Triestu.

 

Pierwsze wrażenia: parking, widok i bora atakuje

Moim pierwszym wrażeniem w mieście było: o matko, skąd tyle luda, w życiu nie zaparkujemy. Ale Mauro wypatrzył niewielkie miejsce i wcisnął w nie samochód; jest mistrzem. Uważam, że powinien sprzedawać poradniki parkującego. Moje drugie wrażenie było: wow, bo parking jest między głównym placem a portem z betonowym molem wcinającym się w morze. Widok z niego jest przepiękny: niewiarygodnie błękitny kolor wody i stojące w tle majestatyczne, ośnieżone Dolomity.

 

 

Czy może być lepsza panorama? Prawdopodobnie tak, ale ta była oszałamiająca.

A moje trzecie wrażenie było takie: zaraz mnie wydmucha z powrotem do Słowenii, albo przynajmniej wwieje do morza. W ten oto czarujący sposób poznałam borę. Wciąż na lądzie, po opanowaniu techniki „jak się nie dać wiatrowi”, poszliśmy zwiedzać miasto.

 

Triest trochę austriacki (i dlaczego to nie przypadek)

Triest wydał mi się lekko austriacki; to wrażenie wzmacniały walce Straussa wydobywające się z głośników w świątecznie przystrojonym centrum. Ale trudno nie mieć takiego odczucia, bo Triest był kiedyś częścią Austro-Węgier. Miasto ma zresztą ciekawą historię, więc kilka słów o tym:

Poza Rzymianami i Wenecjanami przez miasto przegalopowały również inne nacje; Habsburgowie jednak zostali tam na dłużej – kilka wieków. Pod ich rządami Triest stał się bardzo zamożny i jednym z najważniejszych miast Cesarstwa Austriackiego.

Po I wojnie światowej Triest przez krótki czas należał do Królestwa Włoch, a następnie, jak to mają w zwyczaju, wtarabanili się tam Niemcy, okupując miasto. Po II wojnie światowej Triest był jugosłowiański, a 70 lat temu wrócił do Włoch.

Wędrówka po mieście (kolejność totalnie losowa)

Najpierw zobaczyliśmy imponujący plac otoczony najważniejszymi i bardzo ładnymi budynkami rządowymi, czyli Piazza Unità d’Italia. Nawet jeśli zamkniesz oczy, żeby go nie oglądać – nie ma szans, bo znajduje się w samym sercu miasta i jest naprawdę duży. Przyjrzyj się uważnie górze budynków – niektóre z nich mają fasady częściowo ozdobione fajnymi mozaikami.

 

 

 

Na skwerze świątecznie nastrojeni ludzie okupowali bary i restauracje, niektórzy próbowali podrygiwać/tańczyć do muzyki, inni biegali robiąc selfie, jeszcze inni dostojnie spacerowali – ot, taki przyjemny, relaksujący dzień w centrum Triestu.

 

Piazza della Borsa, Canal Grande i klasyczna włoska kawa

Piazza della Borsa nie jest tak imponująca jak poprzednia, ale też warta uwagi z powodu ładnej fontanny z Neptunem dzierżącym w dłoni trójząb, setek tętniących życiem kawiarni i stylowych sklepów. A ponieważ plac był pomysłem/projektem jednego ze słynnych włoskich architektów, trochę czasu zajęło mi wpatrywanie się w budynki, a właściwie w ich balkony i okna.

Ze skweru przeszliśmy do Canal Grande. Kanał to kanał, nic specjalnego, ale skoro się tam zaplątaliśmy, postanowiliśmy wypić kawę w jednym z nadbrzeżnych barów. I tam stwierdziłam, że budynki mogą być w stylu austriackim, walce Straussa mogą wydobywać się z każdego głośnika w mieście, mieszkańcy mogą mieć zabawny akcent (który bardzo lubię), ale obsługa w kawiarni była zdecydowanie włoska. Zostaliśmy posadzeni przy stoliku, a potem, robiąc miny „chcemy zamówić”, czekaliśmy, aż jeden z raczej rozlazłych kelnerów łaskawie rzuci na nas okiem. Serwis był fatalny, jak to we Włoszech bywa, ale przynajmniej kawa była dobra. Tak, Triest jest zdecydowanie włoski.

 

Wzgórze San Giusto: Łuk Ryszarda, zamek i katedra

Wałęsając się niespieszonym krokiem po mieście, na jednej z ulic na wzgórzu San Giusto natknęliśmy się na Arco di Riccardo (Łuk Ryszarda). I to był dziwny widok – wysoki na 7 metrów i szeroki na 5 wyrastał ze znacznie młodszego budynku. Wyglądało to jakby najpierw postawiono budynki i dobudowano/doklejono Ryszarda, a nie na odwrót. Ale z drugiej strony, przynajmniej przetrwał wieki i nie został zburzony (a tak też bywało) podczas zmian urbanistycznych w mieście.

 

 

 

 

Doczłapaliśmy się też do zamku i katedry. Oba mają tę samą nazwę – San Giusto – i stoją obok siebie. Hm, ta sama nazwa dla obu budowli to sprytne posunięcie. Pytasz kogoś, dokąd idziesz, a on odpowiada: do San Giusto. I masz zagwozdkę: zamek czy kościół. Bardzo dobra sztuczka pomagająca niewiernym małżonkom.

Dotarliśmy tam po południu i zamek się właśnie zamykał, więc nie zobaczyliśmy go w środku. Szkoda, bo w mieście z taką historią ekspozycja w murach mogłaby być interesująca. A być może nie. W każdym razie widok na miasto z okolic fortecy jest niesamowity. A skoro patrzysz na Triest z góry, oznacza to, że trzeba wspiąć się na wzgórze, bo zamki budowano na pagórkach.

 

Katedra San Giusto – piękna nawet dla niewierzącego

Zgodnie z powszechną praktyką z wczesnego średniowiecza katedra San Giusto wyrugowała wczesnochrześcijańską budowlę, na której resztkach ją zbudowano. Właściwie katedra nie tylko zajęła to miejsce, ale powstała z połączenia dwóch mniejszych kościołów. Jeśli ktoś uważa tę starą praktykę za barbarzyńską, powinien odwiedzić katedrę. Wnętrze jest absolutnie przepiękne: mroczne i nastrojowe, z efektownie pomalowanymi i ozdobionymi mozaikami ołtarzami. Zdecydowanie warto tam wejść, nawet jeśli nie jesteś, tak jak ja, osobą wierzącą. Nie kłóci się to absolutnie z moim uwielbieniem kościołów jako budynków i podziwem dla kunsztu starych artystów.

Jeśli podobają Ci się ołtarze w katedrze, zajrzyj również do małego kościółka Battistero.

 

Zachód słońca – magia, na którą warto poczekać

Schodząc ze wzgórza, przystanęliśmy na chwilę, podziwiając różowo-błękitne niebo i morze, zmieniające kolor wraz z zachodzącym słońcem. Było zimno, powietrze czyste, co wykorzystała natura, bezwstydnie chwaląc się kolorami. Zachody słońca to kolejny powód, dla którego warto odwiedzić Triest zimą.

 

Ostatnie przystanki: amfiteatr, rudzik i pożegnanie z borą

Co jeszcze zobaczyliśmy w Trieście? Rzymski amfiteatr, który oblecieliśmy ze wszystkich stron, robiąc zdjęcia. Znajduje się mniej więcej w centrum, ruiny są wciąż imponujące, warto więc tam zajść. Przy okazji spotkaliśmy na schodach rudzika, który dość chętnie (dopóki mu się nie znudziło) pozował do zdjęć.

Zrobiło się ciemno, toteż poszliśmy na Piazza d’Unità nacieszyć oczy świątecznymi światełkami; mieliśmy nadzieję, że kanał również będzie ładnie oświetlony. Nie był, za to bora dość gwałtownie przypomniała nam o swoim istnieniu. Wróciliśmy więc do Słowenii.

 

 

 

Dlaczego Triest warto odwiedzić (krótko i na temat)

Nawet jeśli od czasu do czasu nie czułam, że jestem we Włoszech, Triest to Włochy. Drobne szczegóły w mieście wręcz krzyczące „Ej, jesteśmy we Włoszech!”, przeplatają się z innymi stylami, kulturami i jedzeniem. To właśnie sprawia, że Triest jest interesujący. Dodaj do tego doczepionego Ryszarda, maleńkie balkony z ozdobnymi balustradami, mozaiki, niespieszących się kelnerów, dobrą kawę i piękne zachody słońca, a będziesz wiedział, dlaczego warto tam pojechać.

Jeśli ten post Cię rozbawił, wkurzył albo po prostu przypomniał Ci Twoją własną historię – napisz w komentarzu albo na maila. Lubię czytać, co Wy przeżyliście w podobnych miejscach.  No i  zapisz się na newsletter – raz w tygodniu nowy post (zazwyczaj środy o 18:00). Zero spamu, zero „najpiękniejsze Włochy ever”. Tylko autentyczne wydarzenia, małe cuda i miejsca poza szlakiem. Czekam na Ciebie!

error: Content is protected !!

New posts straight to your email. 

Subscribe to the monthly newsletter