Less Touristy Italy
Eat, Discover, Explore

A blog for those who don't like beathen paths.
Lake San Domenico in Abruzzo with crystal-blue water, rocky gorge and hydroelectric dam during Off-Season Travel in Abruzzo Abruzja zimą

Abruzja zimą: Lago San Domenico, średniowieczne borgo i zamknięte drogi.

Następny dzień zaczęliśmy od zwiedzenia dwóch kościołów i zamku w Bominaco. Po drodze patrzyłam na góry i myślałam, że Abruzja zimą byłaby lepsza z większą ilością śniegu, ale z drugiej strony wiele dróg byłoby zamkniętych. No i było.

 

Bominaco – kościoły, freski i zamek

 

Oratorium San Pellegrino i stojący kilka metrów wyżej kościół Santa Maria dei Assumptioni w określonych godzinach można zwiedzać z przewodnikiem-wolontariuszem. Pech – przewodnicy mówią tylko po włosku, przynajmniej tak twierdził jeden z nich. Inna opcja, jak powiedziano nam w barze, to skontaktowanie się z „klucznikiem”, który wpuści Cię do oratorium. Oczywiście w tym wypadku byłoby miło (i słusznie) wcisnąć mu w rękę kilka euro.

 

 

 

Oratorium to niewielki średniowieczny budynek ozdobiony freskami przedstawiającymi biblijne epizody i postaci religijne, jak to zwykle z freskami bywa. W oko wpadł mi kalendarz astrologiczny z fazami księżyca i obraz św. Onufrego, który stracił ubranie, więc pozostało mu bieganie nago. Ale ponieważ goły człowiek był głęboko religijny, wydarzył się cud i wyrosły na nim długie włosy zakrywające jego ciało. Podobało mi się, w jaki sposób Onufry patrzy z fresku: jakby jego oczy mówiły „zapomnieliście o moich stopach”.

 

 

 

Uwielbiam średniowieczne kościoły i lubię freski, ale moim zdaniem zwiedzanie było trochę za długie i zbyt drobiazgowe. Ale jeśli interesują Cię szczegółowe opisy obrazów, to może być rzecz dla Ciebie.

Znajdujący się kilkanaście kroków w górę kościół Santa Maria Assunta został zbudowany między XI a XII wiekiem i wygląda dziwnie w środku – jest bardzo biały. Myślałam, że konserwatorzy zabytków z rozpędu pochlapatali wapnem co tylko się dało, ale o dziwo wnętrze wygląda tak, jak w momencie budowy.

 

 

 

W kościele znajduje się najstarszy kamienny świecznik we Włoszech, jest tam fajne światło, były tam też dwie kamienne figurki lwów, ale zostały skradzione. Wnętrze kościoła jest bardzo proste i, nie wiem… eleganckie, ale nie sądzę, żeby to było odpowiednie słowo. Bardziej pasuje określenie „wybielone”. Mi się kościół nie podobał, ale najwyraźniej większość ma inne zdanie – jest on uważany za bardzo romantyczne i popularne miejsce do złożenia przysięgi małżeńskiej.

Jako że stojące kilkaset metrów pod górę ruiny zamku obiecywały fajny widok na okolicę, to i wspięliśmy się po schodkach do resztek fortecy. Tak, warto było.

 

 

 

 

Lago San Domenico – wielki błękit Abruzji

A potem postanowiliśmy zobaczyć wielki błękit, czyli jezioro San Domenico. Byłam tam kilka lat temu, ale chciałam odwiedzić je ponownie.

 

 

 

 

 

Droga do jeziora przez góry Abruzji


Uczta dla oczu zaczyna się sporo przed dotarciem na miejsce. Kręta droga do jeziora wiedzie przez piękne góry Abruzji; po jednej stronie mieliśmy urwiska, a po drugiej skalne ściany. Co jakiś czas nad naszymi głowami przelatywał orzeł lub sokół – zazwyczaj jestem pasażerem, więc ich wypatruję. Czasem te ptaki mają ciągotki samobójcze, przelatując tuż przed przednim oknem samochodu. Wtedy trzeba hamować; na szczęście Góry Abruzji zimą nie są zapakowane samochodami, więc raczej nikt nie wjedzie ci w tyłek.

W Abruzzo zawsze czuję mieszankę zachwytu, ekscytacji i szacunku w stosunku do gór. A znaki ostrzegające tu i ówdzie przed spadającymi kamieniami dodają nutkę adrenalinki. I to nic, że góry przy drodze pokryte są siatką zabezpieczającą; jakiś czas temu na środku jezdni leżał ogromny kambulec, który stoczył się z góry – siatka nie pomogła.

 

Sztuczne jezioro, które wygląda zbyt pięknie

Po drodze do Lago San Domenico w pewnym momencie widzisz niesamowicie błękitną wodę – San Domenico mówi „cześć”. I musisz się zatrzymać. Nie dlatego, że taki obowiązek, tylko kolor Cię zachwyci.


Jezioro jest piękne, otoczone górami, a przy ładnej pogodzie odbija promienie słoneczne, sprawiając, że woda jest jeszcze bardziej błękitno-turkusowa. Ale to dopiero początek; prawdziwą urodę akwenu widać po dotarciu do rzymskiego mostu i Eremo San Domenico.

 

 

 

 

Widząc San Domenico po raz pierwszy, byłam pewna, że to naturalny zbiornik. Do głowy mi nie przyszło, że może być sztuczny – jest zbyt ładny. Ale w rzeczywistości jezioro zostało stworzone na potrzeby elektrowni wodnej; ten drobny szczegół nie umniejsza jednak niezwykłemu naturalnemu krajobrazowi wąwozu Gole del Sagittario.

 

Most, pustelnia i punkt widokowy

Idąc wzdłuż jeziora do punktu widokowego, zobaczysz jezioro z innej, bardzo malowniczej perspektywy. Stamtąd też jest ścieżka pod górę do kolejnego belwederu – widok stamtąd jest oszałamiający i absolutnie wart tego krótkiego podejścia, nawet jeżeli nie lubisz wspinaczek.
Wiem, że dla wielu naj… włoskich jezior jest Garda, ale ja bardzo lubię jeziora w Abruzji. Niektóre sztuczne, niektóre naturalne – są super.

Lago San Domenico nie jest przesadnie popularnym miejscem, ale może być tam sporo ludzi biegających tu i tam, robiących selfie czy puszczających drony. Najlepiej nie zwracać na nich uwagi. Stań na brzegu jeziora i popatrz na rozgęgane kaczki, których białe pióra fajnie kontrastują z kolorem wody, albo na śmiesznie „biegające” po wodzie łyski, które od czasu do czasu nurkują, prezentując światu swoje kuperki.

 

Campo Imperatore, czyli plan, który się nie udał

 

Nabłękitniwszy” nasze oczy, stwierdziliśmy, że czas na nieco zieleni i śniegu, czyli Campo Imperatore – kolejny kawałek Abruzji, który bardzo, bardzo lubię.

Zimowy wyjazd do Abruzji może obfitować w niespodzianki – nawet jeśli po drodze prawie nie widzieliśmy śniegu, droga do Campo była zamknięta właśnie z jego powodu.
Postanowiliśmy więc odwiedzić Santo Stefano di Sessanio, Caramanico Terme i coś, czego nie mieliśmy w planach oglądać, ale GPS miał.

 

Santo Stefano di Sessanio – piękne i …

San Stefano to butikowe średniowieczne borgo w Abruzji. Bez wątpienia bardzo malownicze miejsce, ale…
Byłam w Santo Stefano kilka lat temu i pamiętam, że było pełne rusztowań i konstrukcji podpierających domy – i wciąż jest. Santo Stefano kiedyś kupił sobie pewien Szwed i w latach 70. rozpoczął tam prace renowacyjne. Potem wioskę sprzedał. Ale ponieważ miasteczko ucierpiało również w wyniku trzęsienia ziemi, rusztowania zapewne pozostaną tam na dłużej.

Mimo to niektóre zakątki są urocze, np. ściana domu z maleńkim oknem ozdobionym białą, ręcznie robioną firanką i mini-sową albo bardzo wąskie przejście między ścianami. Musiałam zdjąć plecak, żeby się przecisnąć. Jeśli masz brzuch – będziesz musiał go wciągnąć.

 

 

 

Santo Stefano jest pełne B&B, kawiarni, restauracji i sklepów z lokalnym miodem, dżemem czy salami. W jednym z nich, ukrytym w długim, ciemnym przejściu (bramie), zjedliśmy półmisek serów i wędlin, popijając to winem.
Borgo jest ładne, ale moim zdaniem nie ma w nim atmosfery, a właściwie jest – nastawiona na turystów. Chyba przez to Santo Stefano sprawia wrażenie sztucznego średniowiecznego butiku dla urlopowiczów.

Kiedy byłam tam po raz pierwszy, zjedliśmy kolację w restauracji, która znajduje się tuż przy parkingu przy wjeździe do borgo. Do dzisiaj to pamiętam – jedno z najgorszych miejsc do jedzenia w Abruzzo, ale nie z powodu dań. Być może teraz jest inny właściciel (poprzedni musiałby się mocno zmienić) i serwis jest lepszy, ale ja jednak wybrałabym inną restaurację. W Abruzzo jest ich mnóstwo.

 

Caramanico Terme i jarmark, do którego droga była ciekawsza niż cel

Zmierzchało, przyszedł czas na jarmark bożonarodzeniowy w Caramanico Terme, więc wpisaliśmy nazwę miasteczka w GPS. Byłam już w Caramanico i mniej więcej pamiętam całkiem dobrą drogę. GPS najwyraźniej nie wiedział, że ja wiem, i uznał, że marzymy o wycieczce dookoła przez szczyty gór. I tak nas poprowadził – jechaliśmy na wysokości ponad 1500 m, robiło się coraz ciemniej i zimniej, na poboczach leżał śnieg. Zaczęłam się trochę stresować – w takich okolicznościach moja wyobraźnia zawsze podpowiada mi dziwne scenariusze, włącznie z watahami wilków i zombie w rolach głównych, ale nie było jak zawrócić.

Jechaliśmy więc przed siebie, aż w ciemnościach zobaczyłam światło – cywilizacja! Jesteśmy uratowani! GPS skierował nas na jakąś boczną drogę – hmm, nie pamiętam, żeby droga do Caramanico była taka wąska i wyboista, ale najwyraźniej Google Maps wie, co robi, więc okej.

Nie wiedział – doprowadził nas do maleńkiej miejscowości z Ceramanico w nazwie. Zatrzymaliśmy jedynego miejscowego, który był na drodze, pytając, gdzie jest jarmark bożonarodzeniowy. Mężczyzna spojrzał na nas jak na przyjezdnych dziwaków i powiedział: „W Caramanico Terme. Ale skoro tu jesteście, to przynajmniej zobaczcie nasze piękne miasteczko”. Trudno nie posłuchać tak uprzejmego zaproszenia, więc przeszliśmy się do końca wioski i z powrotem do samochodu. Zajęło nam może 5 minut – długo, bo szliśmy powoli. Było ciemno, więc wierzę w to, co powiedział nam pan tubylec – wioska jest urocza.

Niewiarygodne, ale w końcu dotarliśmy do oddalonego zaledwie 10 km od maleńkiej miejscowości Caramanico Terme. Caramanico Terme, jak nazwa wskazuje, to miejsce z gorącymi źródłami, a więc i SPA. W mieście jest też kilka miejsc historycznych do zobaczenia, jak na razie niespecjalnie mnie interesowały. Miasteczko leży w sercu Parku Majella, jest więc tam wiele ścieżek – kilka z nich przeszłam, ale pierwszy raz odwiedziłam Caramanico zimą.

 

 

Miałam nadzieję, że Jarmark Bożonarodzeniowy będzie ładny. I był OK. Tak naprawdę nie nazwałabym go jarmarkiem bożonarodzeniowym, bo to zaledwie kilka stoisk rozstawionych wzdłuż promenady i sprzedających głównie jedzenie. Na końcu deptaka było małe lodowisko z wywracającymi się na łyżwach mini-dziećmi i rodzicami pstrykającymi niezliczone ilości zdjęć leżącym na lodzie pociechom. Trochę poniżej głównej ulicy stała karuzela z migającymi światłami, w centrum wisiały świąteczne ozdoby i w kościele była szopka.

Caramanico jest bardzo małe i jarmark był proporcjonalnie niewielki, ale na tyle OK, że nie żałowaliśmy jazdy po czubkach gór i odwiedzenia 5-minutowej wioski. Pospacerowaliśmy, zatrzymaliśmy się na kawę i sernik i poczuliśmy się nieco bardziej świątecznie.

 

 Wieczór w Popoli i plany, które pokrzyżowało kolano

 

Potem wróciliśmy do Popoli – było „zamknięte” mimo niezbyt późnej godziny. Ale tak jest w górach – ludzie wcześnie idą spać, wstają jeszcze wcześniej, a jak jest zimno i ciemno, to siedzą w domach. Spacery w chłodzie są zapewne atrakcyjne dla turystów z ciepłych miejsc, ale niekoniecznie dla miejscowych. Poza tym zima jest również po to, żeby owinąć się kocem i z filiżanką herbaty w łóżku czytać książki. Znam to doskonale i tego mi brakuje na południu Włoch.

Wracając do Popoli, miasteczko jest przyjemne. Nic specjalnego, po prostu miasteczko. W centrum z irytującej kawiarni dochodziła kakofonia dzikich dźwięków; wciąż nie mogę pojąć, dlaczego w środku nie było żadnego klienta. W centrum zobaczyliśmy też sprzedawcę kasztanów – ciepłe są pyszne, kupiliśmy porcję i wróciliśmy do mieszkania.

 

 

 

 

Następnego dnia planowaliśmy wejść na zamek, który podziwialiśmy z balkonu, po kilku latach ponownie odwiedzić Scanno z absurdalną ilością schodów i jeziorem. Plany planami, moje kolano stwierdziło, że nie lubi schodów i Scanno, musieliśmy więc zmodifikować plany. Jak – przeczytacie w następnym poście.

error: Content is protected !!

New posts straight to your email. 

Subscribe to the monthly newsletter