Nigdy w życiu nie pomyślałam, że w mniej więcej 4 godziny wychylę/spróbuję 16 kieliszków różnych win. Ale to zrobiłam, przeżyłam i nie miałam kaca. I do tego prawie wszystkie wina mi smakowały. Niesamowite.
Jeśli masz nadmiar pieniędzy i tzw. gest, to oczywiście możesz pójść do restauracji i zamówić 16 butelek wina. Spróbujesz różnych gatunków i właściciel restauracji na pewno Cię pokocha. Może nawet zrobi z Tobą selfie. Ja jednak polecam mniej ekstrawagancką opcję, tzn. jedną z wielu winiarskich imprez odbywających się w całych Włoszech.

Calici nel Borgo Antico – dlaczego warto jechać na festiwal wina do Bisceglie?
My wybraliśmy się na festiwal wina w Bisceglie, czyli Calici nel Borgo Antico. Trwa trzy dni (31 października–2 listopada w tym roku), gromadzi lokalnych restauratorów i producentów wina z Apulii i przyciąga tłumy.
Stare miasto w Bisceglie jest specjalnie z tego powodu udekorowane wielkimi balonami w kształcie winogron, wiszącymi głównie w miejscach, gdzie są kantyny/degustatornie. I jest to bardzo dobra wskazówka, bo wiadomo, gdzie pielgrzymkować w celu napełnienia kieliszka. Widziałam te balony 4 lata temu, ale wtedy nie miałam pojęcia o tej imprezie; myślałam, że mieszkańcy po prostu lubią ozdabiać miasto gigantycznymi balonami. Tak czy inaczej, wygląda to naprawdę fajnie.
Pierwsze wrażenia: balony-winogrona i włoski wieczór, który zaczyna się dopiero po 20:00
Festiwal wina Bisceglie teoretycznie zaczyna się około 20:00, ale to południe Włoch – o 8 wieczorem mężczyźni kończą dziesiątą kawę, a panie przeglądają swoje szafy w celu wybrania powalającej wszystkie inne panie kreacji. Ale my i inni nieliczni spragnieni wina byliśmy już na starówce. Lokalni restauratorzy i kucharze dopiero rozkładali swoje stanowiska i przygotowywali jedzenie. Typowo włoskim krokiem (tzw. struscio – czyli moim zdaniem poruszaniem się bez poruszania się) udaliśmy się do kasy, gdzie kupiliśmy po sześć bonów na wino i plastikowy kieliszek na głowę – wszystko zapakowane w małe czerwone torebki, które zawiesiliśmy sobie na szyi.

Gustownie przystrojeni i duchowo nastawieni na dużą ilość wina i jedzenia dotarliśmy do pierwszej kantyny.
Pierwsza kantyna oferowała wina z Bari – dla mnie czerwone i białe dla Mauro. Moje było bardzo owocowe i orzeźwiające – lubię takie. Super smaczne i nie do kupienia w supermarkecie.
Jak spróbowaliśmy 12 win, mając tylko 6 biletów – mała sztuczka degustatora
Po pierwszej degustacji (każdy wypił lampkę wina) oświeciło nas i postanowiliśmy być chytrzy. W każdej kolejnej braliśmy tylko jeden kieliszek wina i się nim dzieliliśmy. W ten sposób mogliśmy spróbować 12 marek zamiast sześciu.
Chodząc po starym mieście, doszliśmy do wniosku, że pora coś zjeść. Nie można pić wina bez jedzenia. To znaczy można, jak ktoś chce, bo nawet w Italii nie jest to zabronione, ale jedzenie wyciąga z wina dodatkowe nuty smakowe. No i nie tak szybko szumi w głowie.
Co zjeść na festiwalu wina? Mozzarella, makaron i wszystko, co pachniało dobrze
W międzyczasie na ulicach zaczęli pojawiać się ludzie, a wraz z nimi kolejki do kas biletowych. Z dumą paradowaliśmy z czerwonymi torebkami zwisającymi na naszych szyjach – niektórzy patrzyli na nas z zazdrością, bo byliśmy szczęściarzami, którzy już mogli delektować się winem. I nie tylko winem – byliśmy też jednymi z pierwszych, którzy zjedli jeszcze ciepłą, robioną na miejscu mozzarellę. Pycha!
Na ulicach pojawiało się coraz więcej stoisk z kanapkami, szaszłykami, makaronami itp. – super. I po raz pierwszy w Italii wsiąkłam totalnie w atmosferę i poczułam się włosko. Pomógł mi w tym niezwykle prosty plan: skupić się wyłącznie na pochłonięciu dużej ilości jedzenia i wina i tym się cieszyć.
Spotkanie z sommelierem – i dlaczego czasem warto być laikiem
Lubię realizować swoje plany, dotarliśmy więc do kolejnej kantyny i tam ucięliśmy sobie krótką pogawędkę z sommelierem. Pan, którego pracą jest znanie się na winach, był nieco zirytowany moją ignorancją. Lubię wino, ale nie mam pojęcia o szczepach winogron i dopóki wino mi smakuje, nie obchodzi mnie, czy to Chardonnay, czy coś innego. Ale moja niewiedza okazała się całkiem użyteczna – sommelier postanowił mnie (zagranicznego nieuka) oświecić i zamiast jednego wina, pozwolił nam spróbować czterech, biorąc od nas jeden bilet. Mimo jego wykładu wciąż nie znam się na winach, ale czasami dobrze jest być laikiem.
Wzruszający makaron
Wino zaczynało dawać mi się we znaki – miałam ochotę tańczyć i śpiewać; akurat tego ostatniego zdecydowanie nie powinnam robić, więc powstrzymałam się i poszliśmy coś zjeść.
W bocznej uliczce zobaczyliśmy kolejne stanowisko – długi stół obsługiwany przez rodzinę sprzedającą domowej roboty makaron. Przy stole znaleźliśmy się w momencie, kiedy nań wjechał garnek – głowa rodziny zdjęła pokrywkę – w środku były orecchiette z cime di rapa.

Nigdy wcześniej nie słyszałam, żeby ktoś wzdychał do makaronu… a tak właśnie zareagowali zgromadzeni wokół Włosi, bijąc przy tym brawo. Danie wyglądało kusząco, zapomniałam więc o liczeniu węglowodanów, a nawet o tym, że nie lubię świeżego makaronu i kupiliśmy dwie porcje. Hmm, może następnym razem również i ja westchnę na widok makaronu, bo rzeczywiście był super. A potem odwiedziliśmy kolejną kantynę, a potem kolejną i kolejną…
Ukryte kantyny Bisceglie – czyli jak wybieram wino po ładnej etykiecie
Przybywało więcej i więcej ludzi i główna ulica robiła się coraz bardziej zatłoczona. Poruszaliśmy się z tłumem, ale w pewnym momencie udało nam się wyrwać i skręcić w boczną uliczkę.
Z przyjemnością stwierdziliśmy, że czekała na nas niespodzianka, tzn. kolejne kantyny.
A ponieważ naprawdę niewiele wiem o winie, często wybieram wino na podstawie butelki — jeśli podoba mi się butelka/etykieta – kupuję. W jednej ze degustatorni wpadła mi w oko butelka z czerwonym kwiatkiem. Pani sommelier pochwaliła mój wybór (zrobiłam mądrą minę, że wiem, co dobre) i powiedziała, że to sześcioletnie wino, przechowywane nie w piwnicy, ale pod specjalnym rodzajem gleby. I wino było naprawdę doskonałe — głębokie, owocowe (smakowało jak skrzyżowanie truskawki z wiśnią), ale absolutnie nie ciężkie. Nie pamiętam marki, ale pamiętam butelkę. I zamierzam je zdobyć.
Następnie odwiedziliśmy kantynę niegdyś bardzo popularnego włoskiego piosenkarza, który na emeryturze sprawił sobie winnicę. Mauro powiedział, że jego wyroby są takie sobie, ale i tak chciałam go spróbować. Miał rację – pan artysta niech sobie dalej śpiewa, ale niech nie produkuje win.
Kiełbaski, ośmiornica i wizyta w katedrze – włoski chaos idealny
Spacerując, kupiliśmy włoskie kiełbaski, potem kanapki z ośmiornicą… O Boże, jestem pewna, że nigdy w życiu nie zjadłam tyle w jeden wieczór. Ale ponieważ naprawdę nie lubię wina bez jedzenia, miałam super wymówkę. I dlatego jadłam dalej. I degustowałam.
Balkonowa opera w Bisceglie – atrakcja, której się nie spodziewałam
W poszukiwaniu wina i nowych potraw przy okazji zaszliśmy do katedry, niekoniecznie dlatego, żeby zachować balans, tzn. coś dla ciała i coś dla duszy, ale dlatego, że była otwarta. A ja lubię zwiedzać kościoły. Mały placyk wokół katedry (chyba to była katedra) był również udekorowany balonowymi winogronami; były tam kantyny, kilka sklepików, mężczyzna malujący obrazy i balkon. Ale nie byle jaki balkon – to była mini scena operowa, pod którą stał tłum z telefonami w pogotowiu. A na balkonie, robiąc co kilka minut iście teatralne wejście, pojawiał się ubrany we frak mężczyzna. I śpiewał. Głównie arie operowe (miał świetny głos), ale też kilka lżejszych utworów.
Dużo wina, jeszcze więcej jedzenia i arie z balkonu – coś takiego zdarza się tylko we Włoszech.
Widownia, zbyt zajęta nagrywaniem, zapomniała o oklaskach, zostałam więc klakierem – krzyknęłam „brawo” i zaczęłam klaskać. Po chwili kilkanaście osób poszło w moje ślady. Chyba mogę stwierdzić, że porwałam tłumy.
Mały cud: trzy znalezione bilety na wino
Muzykę słychać było z każdego rogu miasta, a że mieliśmy dość opery, postanowiliśmy posłuchać lokalnych grup grających coś w rodzaju rocka. Smutni, bo skończyły nam się bony na wino, ale i „ulżeni” – może to i dobrze, że już koniec z winem – weszliśmy w małą, pustą uliczkę. Nie wierzę w cuda, nawet jak leżą na ulicy pod postacią biletów do kantyn – na chodniku znaleźliśmy trzy bezpańskie. Ha – to musiał być znak od winiarzy. A może i cud, bo były to okolice katedry. Bananowe uśmiechy wykwitły na naszych twarzach, poluzowaliśmy paski w spodniach i wróciliśmy na plac z naszymi cudownymi (a może cudnymi?) bonami.
Muzyka mogła poczekać. Do wina zjedliśmy kolejne szaszłyki… nadal nie mogę uwierzyć, że nie pękłam z hukiem. A potem poszliśmy na koncert.
Koncerty i włoska noc pełna muzyki, jedzenia i wina
Pod koniec nocy ludzie, wino, jedzenie i muzyka wylewały się z każdego zakątka starego miasta — głośno, chaotycznie, bardzo włosko i fajnie. Słuchanie lokalnego zespołu z wokalistką podskakującą na niebotycznie wysokich obcasach (patrzyłam zahipnotyzowana, jak ona to robi) i całkiem spoko głosem zakończyło nasze doświadczenie pt.degustacja wina we Włoszech. Mniej więcej o tej godzinie zaczęły się zwijać stoiska z jedzeniem i zamykać kantyny, ale ulice wciąż nie pustoszały, gdy wracaliśmy do B&B.
Festiwal wina Bisceglie : praktyczne wskazówki – kiedy iść, co kupić i jak nie przegapić najlepszych miejsc
Wrażenia lub porady – w sumie nie wiem, jak to nazwać:
Impreza była bardzo lokalna, bardzo włoska i bardzo autentyczna. Chyba byłam jednym z niewielu obcokrajowców, bo kiedy powiedziałam coś po angielsku, wszyscy się na mnie patrzyli. Mimo spożycia miliona kalorii i węglowodanów bawiłam się świetnie. Zresztą ciężko jest się świetnie bawić bez kalorii.
Nie idź za wcześnie; zabawa zaczyna się dopiero po 21:30. Albo idź kupić bilety (jest wiele punktów sprzedaży na Starym Mieście), kiedy jest prawie pusto i wróć, kiedy zrobi się tłoczno. I daj się ponieść tłumowi (dosłownie), bo dopiero wtedy poczujesz się jak lokals.










